Każda nacja ma swoich zdrajców, ale nie o tym jest wpis. Interesuje mnie tutaj sama uroda połatańskiej dziewczyny, znanej jako Pokahontas. Jak naprawdę wygłądała? Tego nie może chyba wiedzieć nikt. Większość obrazów i rysunków, przedstawiających jej oblicze zostało wykonane po jej śmierci (włączywszy w to słynny obraz „Baptyzacja Pokahontas”). Poza tym osobiście poddaję pod wątpliwość by europejscy artyści z tych czasów potrafili oddać ixachitlańską urodę – jako, że różniła się znacznie, a na ich dziełach zazwyczaj „Indianie” mają europejskie rysy twarzy. Paradoksalnie sądzę, że znacznie późniejsze przedstawienie Walta Disneya – choć zdecydowanie bardziej infantylne – oddaje poprawniej urodę, może nie tyle samej Pokahontas (bo jak wspomniałem wyżej, kto tam wie jak ona naprawdę wyglądała), co urodę połatańskich niewiast, czy ogólniej Ixachitlanek (z naciskiem na te z Północy).

Sądzę, że jest to spowodowane analizą rysów twarzy ludzi z podobnych nacji (samych Połatan nie da się już uświadczyć, gdyż wyginęli całkowicie – być może właśnie dzięki pomocy Białego Piórka, która uzyskała później pseudonim „Łobuziara” – w języku Połatan „Pokahontas”), której brakowało wcześniejszym artystom i rysownikom. Poznając młode dziewczyny z północno-ixachitlańskich nacji często można napotkać przebłyski twarzy disnejowskiej Pokahontas.

 

Można je też uświadczyć na tym zdjęciu, wykonanym przez Ryan-a Astamendi, który próbował oddać urodę Pokahontas, nie inną jak tę z bajki Disney-a. O dziwo przy „użyciu” modelki filipińskiej, której piękno, fakt faktem, śpiewa ixachitlańskimi nutami, co niestety świadczy o „wyczerpywaniu” się zasobów ludzi Nikantlaka.

Mistecki bóg słońca

13 grudnia 2011

Współcześnie bardzo często podpinany pod boga Tonatiuh, co niekoniecznie znajduje wystarczające usprawiedliwienie. Tonatiuh to nazwa z języka nahuatl, odnoszące się do jasności, określająca konkretnie „aztecką” wersję boga słońca. O ile Mistecy w ostatnich okresach swej świetlności czerpali obficie z kultury Meszika, to ich bóg słońca różnił się znacznie. Jego przedstawienie można znaleźć między innymi w kodeksie Zouche-Nuttall.

Właśnie na jego podstawie powstał ten obraz, wykonany moim pędzlem.

Bóg stoi na kosmicznej platformie (która również pojawia się w kodeksie), pełnej typowo misteckich wzorów. Swymi płomieniami oświetla Ziemię, na obrazie przedstawiona jest zachodnia półkula z uszczególnieniem centralnego Ixachitlanu, skąd pochodzą Mistekowie.

Totemy

11 października 2011

Na terenach północnego Ixachitlanu, zwłaszcza na zachodnich wybrzeżach, znajdowało się wiele nacji, różniących się od siebie historią, kulturą i językiem. Każda z nich zamieszkiwała wioskę, w której stawiano wielkie domy z desek cedrowych. Belki i słupy, znajdujące się we wnętrzu tych domów były rzeźbione i malowane, by przedstawić rodowód rodziny, który był powodem wielkiej dumy. Z kolei zewnętrznie eksponowano ją właśnie za pomocą totemów, a dokładniej: za pomocą słupów totemowych, które stawiano przed domami, tak by każdemu gościowi wioski od razu rzucał się w oczy.

 

Na zdjęciu totem w stanie surowym (niepomalowany), znajdujący się w „Stanley Park” w mieście Vancouver, (Brytyjska Kolumbia, Kanada).

Totemy tych ziem były rzeźbione z żywotników olbrzymich. Każde nacięcie na totemie ma jakieś znaczenie, podobnie, jak każda figura. Na przykład orzeł oznacza królestwo powietrzne, wieloryb panowanie mórz i oceanów, wilk symbolizuje geniusza lądów, natomiast żaba pośrednika pomiędzy lądem, a wodami. Totemy mają za zadanie przedstawić historie – zarówno te mityczne, jak i prawdziwe – którymi związana jest dana rodzina.

Wbrew niektórym wierzeniom totemy nie służyły do modłów, a do symbolicznego przedstawienia mistycznych więzi między ludźmi oraz relacji człowieka ze swym zwierzęcym lub roślinnym przodkiem. Były to godła rodzinne, nie mające żadnego wymiaru religijnego. Swoją ideą przypominają herby.

W nawiązaniu do bezpieczeństwa Meksyku, właśnie niedawno w stolicy miał miejsce pożar, w którym spłonął Wal-Mart – sklep z amerykańskiej sieci supermarketów, obecnie najpotężniejszej na świecie. Wszystko zaczęło się popołudniem. Nad centrum nadciągnęły potężne chmury dymu:

Zaczęto ewakuować ludzi – wiadomości podały infomrację o 3 tysiącach ludzi „przegonionych” przez policję z obszaru marketu.

Wydobywający się dym z płonącego budynku stawał się nie do zniesienia – trudno było oddychać. Ogień rozszalał się na tyle, że niezbędna była pomoc „z nieba”:

Helikopter strażacki, gaszący pożar.

Oficjalnie mówi się, że przyczyną całego zajścia był „przypadkowy” wybuch gazu w piekarni, nieoficjalnie mówi się o zaplanowanej akcji przez lewicowych esktremistów, walczących z globalizacją. Prawdy nie znam, jednak bardziej przychylam się ku wersji nieoficjalnej z dwóch powodów:

1. w Ameryce Łacińskiej nie brakuje ekstremizmu, towarzyszącego ideom, przywiezionym z Europy,

2. Wal-Mart należy do gigantycznej sieci, rozsiewającej swe markety po całym świecie, nierzadko bywa oskarżany o „wykorzystywanie swoich pracowników” (coś jak Biedronka w Polsce), też dlatego często staje się celem ataków antyglobalistów.

Generalnie prawdą jest, że omawiana sieć wykorzystuje strasznie sytuację biednych krajów, takich jak Meksyk. O ile amerykański Wal-Mart to kopalnia ogromnej ilości produktów po dobrej – czasem bardzo dobrej – cenie, to jego meksykański odpowiednik w niczym go nie przypomina. To mieszanina odpadów amerykańskiej produkcji z beznadziejnymi produkcjami lokalnymi. Wszystko po cenach, potrafiących pięciokrotnie przewyższyć te z USA, wszystko przy faktycznie bardzo skromnych pensjach dla pracowników. Nie da się nie zauważyć, że sieć ta robi meksykańskich konsumentów w balona, zatem niechęć w stosunku do nich jest zrozumiała. I w podświadomości, widząc to płonące badziewię myślę sobie: dobrze im tak.

(na zdjęciu jedyna ocalała ściana)

Problem jedynie w tym, że nawet jak już ten Wal-Mart spłonął to nadal pozostaje nierozwiązany problem marnych ofert w Meksyku. Po całym incydencie właściciele nie wzięli się bardziej do pracy, by wejść na rynek z lepszymi produktami po atrakcyjniejszych cenach. I z pewnością się nie wezmą bo i tak ludzie będą tam kupować, z tego prostego względu, że nie mają za  bardzo w czym przebierać. Brak konkurenta, który swą ofertą stałby się prawdziwym zagrożeniem dla sieci Walmart sprawia, że ta nie za bardzo musi się starać w jakimkolwiek względzie, by pozyskać klienta.

Ludzie, przyćmieni czerwoną ideą, przywiezioną z Europy, walczący z wielkimi korporacjami – być może maczający palce w tym podpaleniu – podobno robią to by wywalczyć: „chleb” dla ludu, pracę i lepszą płacę. Dlaczego zatem w rzeczywistości robią coś zupełnie odwrotnego? Niszczą „chleb” (ilości jedzenia, które spłonęły w tym pożarze są na pewno spore), odbierają ludziom pracę (market po pożarze funkcjonować nie może dopóki go nie postawią na nowo – przez ten czas wszyscy pracownicy nie będą mieli pracy – co jeśli dla kogoś ta marna praca była jedynym sposobem na przeżycie?), przez doprowadzenie do tego, że na rynku jest teraz o jeden ośrodek pracy mniej z pewnością nie przyczynią się do podniesienia płacy.

Bezpieczeństwo w Meksyku

5 października 2011

Ostatnio pewna osoba przesłała mi takie ostrzeżenie z polskiej ambasady w Meksyku:

W związku z pogarszaniem się w Meksyku sytuacji w zakresie bezpieczeństwa, Ambasada zaleca dużą ostrożność w poruszaniu się po tym kraju. Wskutek działalności zorganizowanych grup przestępczych oraz walk, jakie prowadzi z nimi Policja Federalna wspomagana przez wojsko, ginie prawie codziennie kilka-kilkanaście osób, w tym także przypadkowi cywile. Sytuacja jest skomplikowana zwłaszcza na północy kraju, wzdłuż granicy z USA. Szczególną ostrożność należy zachować przebywając i przemieszczając się w stanach Sinaloa, Durango, Guerrero, Michoacán, Jalisco, Chihuahua, Guanajuato, Veracruz, San Luis Potosi i Nuevo León, w tym w miastach Ciudad Juarez, Guadalajara, Acapulco i Monterrey. Nie jest całkiem bezpiecznie również w innych regionach kraju, w tym w ośrodkach turystycznych.

Pogorszenie sytuacji wynika nie tylko z działań karteli narkotykowych, jest też efektem coraz powszechniejszej przestępczości pospolitej, jak kradzieże, napady z bronią i porwania dla okupu. Turyści i obcokrajowcy ogółem nie są szczególnym celem przestępców, ale mogą stać się ofiarami z powodu braku ostrożności i przezorności. Od poczatku 2011 r. miało miejsce ponad 18 tysięcy kradzieży samochodów, w tym 52 procent z użyciem przemocy.

Zaleca się zwiedzanie w dzień, w większych grupach jeśli to możliwe, trzymanie paszportów i większej gotówki w sejfie hotelowym, korzystanie z taksówek korporacyjnych lub polecanych przez hotele i nie wymienianie jednorazowo większej ilości dolarów lub Euro.

Pytanie brzmiało: czy faktycznie warto przejmować się tymi pogróżkami?

Raczej tak. Wiele się tutaj dzieje, a to co się dzieje nie dzieje się na żarty. Strzelaniny nie robią już na mnie większego wrażenia, podobnie, jak ładowanie na środku ulicy ciał w plastikowe worki. Należy pamiętać, że Meksyk od jakichś 5 wieków jest krajem cywilizacyjnie zacofanym i od swych początków dzikim. Tutaj często istnieje skrajna bieda, co w połączeniu z ogromnym kapitałem Stanów Zjednoczonych, którego spora część zostaje wydawana na narkotyki z południa, daje mieszaninę wybuchową. Poprzez rządowe prohibicje używek ich handel staje się gangsterką, w której już życie ludzkie nie gra żadnej roli.

Centrum Vancouver

4 października 2011

Centrum Vancouver, największego miasta w British Columbia, widziane z parku, znajdującego się po drugiej stronie brzegu.

Wjeżdżając do krajów Ameryki Łacińskiej zazwyczaj dopadają nas zjawiska, posiadające ten sam przymiotnik, czyli elementy kultury łacińskiej. Tak jakby wszędzie wiszącymi krzyżami i lecącymi w tle hiszpańsko-języcznymi pioseneczkami chciano dać dobitnie do zrozumienia przez kogo te ziemie zostały podbite.

Wjeżdżając do Stanów Zjednoczonych na powitanie wyskoczy nam Myszka Mickey, niosąca butelkę Pepsi (bo, wbrew pozorom, Pepsi w USA cieszy się większą popularnością, niż Coca-Cola), zapraszająca nas do McDonalda. Niesymbolicznie pisząc: cały szereg elementów amerykańskiej pop-kultury i komercji. Wszystko oczywiście w towarzystwie nieskończonej ilości flag amerykańskich – tak aż do dostania oczopląsu od czerwonych i białch pasków oraz białych gwiazdek na niebieskim tle.

Ku mojemu zaskoczeniu sprawa zupełnie inaczej ma się w przypadku Kanady. Już przy samym zjeździe na lotnisku w Vancouver przywitały mnie dwie rzeźby, kulturalnie związane z kontynentem, na obszarze którego leży to państwo:

Eksplorując dalej ten ogromny kraj natknąłem się na wiele takich motywów. W centrum miasta, w parkach, w domach kultury… Zważywszy na to, że w Kanadzie procent Ixachitlańczyków w społeczeństwie jest znacznie mniejszy niż np. w Meksyku, który unika, jak ognia prezentowania rdzennej kultury, wydało mi się to bardzo imponujące.

 

Silniejsze poczucie przynależności etnicznej, czy dumę z niego wynikającą, współcześnie bardzo często uważa się za coś złego, prymitywnego i nienowoczesnego. Ignoranci, golący głowy na łyso nierzadko zasłaniają nią swoją nienawiść i ignoracnję w stosunku do obych kultur, z kolei ignoranci nie golący i nie myjący głowy jakikolwiek przejaw dumy etnicznej podpinają właśnie pod te idee. A to straszne pomieszanie, bo duma etniczna jest uczuciem pozytywnym. To nic innego, jak przywiązanie do wartości, w których się wyrastało, z których się wywodzi. Każda rodzina, czy grono przyjaciół ma swoje zwyczaje – tak, jak każda nacja. Dzięki temu świat jest bardziej interesujący, istnieje wiele kręgów kulturalnych, konkurencja w postrzeganiu świata, w wyrażaniu się. To idea, będąca przeciwieństwem imperialistycznych nacjonalizmów, wedle których własną kulturę postrzega się za „jedynie słuszną” i dąży się do wyeliminowania obcych – tak, by każdy mówił tym „najlepszym” językiem, by wierzył w jednego boga itd.

Prawdziwe bogactwo świata polega na tym, że przybywając na odległe ziemie zastaję zupełnie inne zwyczaje, poznaję zupełnie inne spojrzenia na świat i dzielę się moimi, które dla tubylców także okazują się być niespodzianką. Jakże nudny jest świat gdy przybywając na zupełnie inny kontynent okazuje się, że mówi się tam tymi samymi językami, wierzy się w identyczne przedstawienie świata, wyznaje się to samo bóstwo.

Jako Polak, przybywający na Ixachitlan, poza polską mową, niewiele mam do zaoferowania przy „wymianie kulturowej”. W mym kraju na wizji rządzi Hollywood; na mikrofonach amerykańskie gwiazdy, bądź w najlepszym wypadku polskie gwiazdy, robiące się na amerykańskie; w umysłach rządzi judeo-chrześcijaństwo; a krajem rządzi marksizm kulturowy. I jak tym można zainteresować? Przecież dokładnie to samo jest „tradycją” większości świata. Wianki, Noc Kupały, słowiańskie wierzenia i legendy – wszystko to poszło na straty.

…Na szczęście została nam jeszcze nasza niezawodna kiełbasa, no i słowiański napój bogów, zwany wódką. Co w przypadku braków okazuje się w jakiś sposób spełniać swoją rolę „symbolu polskości” poza granicami kraju. Te niezastąpione produkty można znaleźć wszędzie, nawet w dzikim Meksyku:

Polska kiełbasa – choć ta na zdjęciu głównie z nazwy („polaca” oznacza „polska”), nie porównuje się do tej , wytwarzanej w Polsce. Mimo to choć na chwilę można przenieść się do Polski, przełykając zmielone odpady mięsne z odpowiednio dobranymi przyprawami.

Wódkę Wyborową, z kolei, importują z samej Polski. W Meksyku można ją spotkać w każdym większym mieście. Choć fakt, faktem, że na tle talerza, pełnego tamalli nie wygląda zbyt swojo.

Pozostaje powiedzieć, że lepsze to niż nic – Polska będzie jeszcze Polską, póki pokolenia, używające przy każdej lepszej okazji języka angielskiego zamiast polskiego, nie wyprą całkowicie naszej mowy, a kiełbasy i wódki nie zastąpią chipsy i whisky.

Gdyby ktoś doszedł do nazwisk współczesnych Nikantlaka (dla przypomnienia: tak zwanych „Indian”) mógłby zwątpić czy tacy ludzie w ogóle jeszcze istnieją. Weźmy za przykład przedstawioną w tym arykule piosenkę: autorem poezji jest Natalio Hernández-Hernández, natomiast autorem przełożenia tego na piosenkę jest Lila Downs. Tak sucho przedstawiona informacja o autorach daje wrażenie, że poza językiem i inspiracją pre-amerykańską kulturą, dzieło to nie ma nic wspólnego z Ixachitlanem, bo tworzone jest przez Europejczyków. Tak przynajmniej należy sądzić po ich europejskich imionach i nazwiskach. Dopiero głębsza inwestygacja może przynieść nam informacje, że ci ludzie tak naprawdę mają korzenie prawdziwie ixachitlańskie. Nazwiska ich nacji zostały w większej mierze podmienione europejskimi. Działo się to za sprawą akcji, wspomnianej w pierwszym artykule tej strony „A resztki z tych, co byli tu pierwsi, pytacie? Siłą w tę lepszą, zwycięską kulturę wcielić…”, czyli przymusową europeizacją tego, czego nie dało się już wybić.

W przypadku ziem, podbijanych przez Wielką Brytanię podmienianie imion odbywało się w pierwszej kolejności przez brak indentyfikacji oryginalnych tytułów, jakie nadawali sobie Ixachitlańczycy. Później kościoły i różne sekty protestanckie podczas przymusowej chrystianizacji nadawały im imiona świętych. Dla mężczyzn bardzo często np. Louis, John, Mark, Gregory; dla kobiet Mary, Catherine, Dorothy… Wszystko działo się przy współpracy z nowymi rządami, które przeważnie uznawały te imiona za jedyny oficjalny tytuł, służący do identyfikacji tych ludzi. Do kompletu zostały dodane tylko nazwiska – wybierano przeważnie takie najbardziej przeciętne dla Brytyjczyków. Np. dziś najpopularniejsze nazwiska rdzennej ludności terenów, okupowanych przez Stany Zjednoczone to w pierwszej kolejności Smith, w drugiej Johnson. Inne to Jones, Williams, Brown, White, Davis, Wilson. Wszystkie wybitnie angielskie – miało to na celu wyeliminować poczucie odmienności Nikantlaka i wcielenie ich w nową machinę, opartą o takie czynniki kulturowe, jak język angielski, czy chrześcijaństwo (stąd imiona świętych).

W przypadku ziem, podbijanych przez państwa latynoskie sytuacja wyglądała w zasadzie identycznie, jedynie miejsce kościołów i sekt protestanckich zajmował Kościół katolicki. Bardzo często zajmowali się tym misjonarze, którzy przy chrzczeniu nadawali jedno z najbardziej popularnych świętych imion, kompletnie ignorując godność, nadaną przez rodzinę. Wszystko zależało od kaprysu duchownego, który nadawał imiona jak leci. Dla osobników płci męskiej najczęściej José, Pablo, Jesús (co dosłownie oznacza Jezus); dla osobników płci żeńskiej María (co oznacza Maryja), Guadalupe itd. Dodawano do tego nazwiska, ale tylko te najbardziej powszechne, którymi rzadko kiedy w państwach latynoskich tytułował się osobnik wyższej sfery. Były to między innymi: González, Hernández, García, Rodríguez, Martínez, López, Pérez, Sánchez, Ramírez, Benítez. Wszystko to poskutkowało tym, że w takim kraju, jak Meksyk (gdzie pochodzenie Nikantlaka nie należy do rzadkości) osobnicy o tychże nazwiskach najprawdopodobniej mają gdzieś choć jednego przodka ixachitlańskiej krwi, któremu właśnie takie nazwisko zostało przydzielone.

Należy przy tym wszystkim zaznaczyć, że nieprawdziwa jest wersja, przedstawiana przez niektórych historyków, jakoby Ixachitlan nie posiadał nazwisk. Wystarczy przytoczyć bardziej znane postacie, np. tlaszkaltecki lider wojenny Xicotencatl, którego pełny tytuł brzmiał Xicotencatl II Axayacatl – nie kończył się zatem tylko na imieniu. Takie nazwiska można spotkać po dziś dzień (np. Catzim – nazwisko Majów), lub ich zeuropeizowane wersje (np. Macuixtle), jednak należą one do rzadkości i wywodzą się ze sfer, w których misjonarze mieli trudności z poprawnym przebiegiem chrystianizacji.

Z imionami też jest krucho, choć mogłoby się wydawać, że w zasadzie rodzic ma prawo dać swojemu dziecku imię takie, jakie uzna za stosowne. Niestety, po dziś dzień jest to ciężkie. Rządy mają często listę konkretnych imion, które można nadać i wszystko co wykracza poza tę listę jest nieosiągalne. „Bo co jeśli rodzic nada dziecku obraźliwe imię?!” – usłyszymy od jakiegoś zatroskanego polityka. Współcześnie istnieje wiele takich sytuacji, w których rodzina nie może nazwać dziecka „po swojemu”. I problemy pojawiają się nawet jeśli jakieś ixachitlańskie imię oficjalnie funkcjonuje jako imię, „rozpoznawalne przez rząd”. Znam osobiście jeden przypadek, w którym rodzina z nacji Nahua nazwała swą córkę Xōchitl (co w języku nahuatl oznacza „kwiat”), jednak w parafii (przez którą w praktyce mieszkańcy wiosek zmuszeni są załatwiać wiele spraw) ksiądz przetłumaczył to na hiszpański i tak też zapisał – Flor. Gdy wszystko doszło do urzędu tam przekształcili to na Flores – popularne, hiszpańskie imię żeńskie.

Też dlatego ukuło się powiedzenie „Īcce tocaitl ahmō tēchneyōlomaxi„, co w języku nahuatl oznacza dosłownie „po jednym tytule nas nie rozpoznasz„, i ten „jeden tytuł” interpretowany jest jako imiona i nazwiska, widniejące w rządowych papierach współczesnych państw Ixachitlanu. Często nie mają one żadnego znaczenia dla antyrządowych nacji Nikantlaka, zamiast nich posługują się własnymi „pseudonimami”, które zazwyczaj ignorowane są przez świat zewnętrzny. Na ten przykład wspomniany wyżej Natalio Hernández-Hernández często używa pseudonimu Xocoyotzin, jednak jest on uznawany za mniej wartościowy niż oficjalne nazwisko. Co jest dla mnie kompletnie niezrozumiałe, bo dlaczego coś, co zostało nadane z przymusu ma większą wartość niż własny tytuł? Sam nie uznaję swego pospolitego elemele, nadanego siłą mym przodkom przez Hiszpanów – zastępuje to własnymi imionami ixachitlańskimi.

Inną sprawą jest polska godność, której z kolei polscy przodkowie nie dali sobie zastąpić np. niemiecką. Cieszę się, że choć z tej strony moja godność ma związek z mym pochodzeniem etnicznym i nie nazywam się np. Schmidt.

Ulice miasta Meksyk

20 września 2011

Złom nie zawsze jest bezużyteczny, bo może służyć za dobrą wizytówkę, podtrzymującą tablice, informujące jakie sklepy znajdują się w pobliżu. Takie metody często stosuje się na niezaznających spokoju ulicach miasta Meksyk.